Cała społeczność, którą tworzą ludzie zapisani do pewnej lekarki rodzinnej (ja też) przeżywa roztargnienie, spowodowane urlopem pani T.
Pani doktor wyskoczyła z karteczką na drzwiach przychodni, że w dniach 1.X - 31.X nie będzie przyjmować z powodu urlopu i wyjazdu na jakieś tam afrykańskie wyspy Zangla Ne.
A pod spodem, dość sporym drukiem dopisane: "wizyty w gabinecie prywatnym we wtorki i środy w godz...."
Normalnie żałuję, że fotki nie strzeliłem tej kartce. Bezczelna, stara i zrzędząca baba dopuściła się bezprawia, bo nie ma nikogo w zastępstwie i ludzie bezradnie rozkładają ręce. W przychodni została jedynie pielęgniarka, której kompetencje pozwalają zrobić co najwyżej zastrzyk.
I wpadam, proszę ja Was, wczoraj do tejże placówki po zaświadczenie. Komuniści zażyczyli sobie ode mnie świstka papieru, na którym będą napisane moje dane i słowo "ZDROWY", wraz z pieczątką wyżej wspomnianej pani doktor. No i stoję przed drzwiami jak słup, czytając namiętnie bazgroły pani T. Wchodzę do środka. Pielęgniarka mówi, że nic nie wie, nic jej nie wolno, nikogo nie widziała i nie może mi pomóc. To ją grzecznie proszę o numer do tej zarazy, która powinna siedzieć w swoim gabinecie i wypisać ten popieprzony papier, zamiast wygrzewać się ze strusiami (w rzeczywistości przyjmowała w domu tych, którzy przedkładają zdrowie nad płacenie horendalnych pieniędzy).
Jak myślicie, co zrobiłem?
Wkurzyłem się, ale już tak bardzo, że zacząłem wydawać dźwięki niczym zdenerwowany dzik. Nakrzyczałem na Bogu ducha winną pielęgniarkę, która nagle oprzytomniała i wymyśliła, że wypełni mi świstek, podbije pieczątką i że mam się zgłosić do pani T. po podpis. Dostałem jej adres, ale kiedy wsiadłem do gangsta wozu zdałem sobie sprawę z tego, że mieszka przy drodze prowadzącej w przeciwnym kierunku niż mój dom.
Z impetem wróciłem do swojej jamy, w której walnąłem magisterskiego iksa pani T i z bananem na twarzy oddałem się codzienności.
Poniżej piosenka, która jest w stanie obudzić czterdziestodniowego truposza. Ależ ja lubię rytmikę i prostotę w utworach :-)
wtorek, 5 października 2010
środa, 22 września 2010
Kostucha
Ale chamski dzień.
Kończył się całkiem normalnie, aż tu nagle zonk. Gwałtowna śmierć dobitnie zniszczyła mój dobry nastrój. Co więcej, patrząc na bezskuteczną reanimację poczułem silną więź z człowiekiem, z którym już nigdy nie porozmawiam. Leżąc na jezdni, przykryty zielonkawym, szpitalnym fartuchem sprawiał wrażenie śpiącego. Chudy i smagany chorobą zdążył mnóstwo wycierpieć za życia, choć na jego twarzy nigdy nie widziałem grymasu.
Jeszcze kilka dni temu klepał mnie po ramieniu i żartował. A dziś odszedł..
Taka kolej rzeczy, wiadomo. Godzinę później dowiedziałem się o kolejnym noworodku. Życie i śmierć bilansują się wzajemnie, bez dnia wolnego, z pełną premedytacją. Długo można polemizować, zadawać całą masę pytań bez odpowiedzi, tylko to nie zmieni jednego - ta brutalna machineria ciągle będzie się kręcić.
Albo reakcje ludzi, dziwne i niejednoznaczne..
"po co tam polazł?"
"szkoda chłopa"
"swoje już przeżył"
"ma już spokój"
"kto go pierwszy zauważył?"
"ile miał lat?"
"w którym to było miejscu, powiedz"
"umarł?"
"kiedy chowają?"
Wydaje mi się, że jest w miejscu, w którym patrzy na nas i się śmieje "ech, czubki, dalibyście wiele, by móc tu być". A wścibskie panie panoramy, aktualności i teleexpressy powinny zająć się poprawą swojego życia, zamiast komentowania czyjegoś, już zakończonego.
Pismo Święte mówi, że Bóg wybiera najlepszy, możliwy moment na powołanie kogoś przed Bramę Niebieską. W takich momentach ludzka ciekawość zadaje mnóstwo pytań do samego siebie o mój koniec. Dziś, jutro, w wieku siedemdziesięciu lat? Po ciężkiej chorobie czy nagle?
I dobrze, że te głupie pytania pozostają bez odpowiedzi.
Kończył się całkiem normalnie, aż tu nagle zonk. Gwałtowna śmierć dobitnie zniszczyła mój dobry nastrój. Co więcej, patrząc na bezskuteczną reanimację poczułem silną więź z człowiekiem, z którym już nigdy nie porozmawiam. Leżąc na jezdni, przykryty zielonkawym, szpitalnym fartuchem sprawiał wrażenie śpiącego. Chudy i smagany chorobą zdążył mnóstwo wycierpieć za życia, choć na jego twarzy nigdy nie widziałem grymasu.
Jeszcze kilka dni temu klepał mnie po ramieniu i żartował. A dziś odszedł..
Taka kolej rzeczy, wiadomo. Godzinę później dowiedziałem się o kolejnym noworodku. Życie i śmierć bilansują się wzajemnie, bez dnia wolnego, z pełną premedytacją. Długo można polemizować, zadawać całą masę pytań bez odpowiedzi, tylko to nie zmieni jednego - ta brutalna machineria ciągle będzie się kręcić.
Albo reakcje ludzi, dziwne i niejednoznaczne..
"po co tam polazł?"
"szkoda chłopa"
"swoje już przeżył"
"ma już spokój"
"kto go pierwszy zauważył?"
"ile miał lat?"
"w którym to było miejscu, powiedz"
"umarł?"
"kiedy chowają?"
Wydaje mi się, że jest w miejscu, w którym patrzy na nas i się śmieje "ech, czubki, dalibyście wiele, by móc tu być". A wścibskie panie panoramy, aktualności i teleexpressy powinny zająć się poprawą swojego życia, zamiast komentowania czyjegoś, już zakończonego.
Pismo Święte mówi, że Bóg wybiera najlepszy, możliwy moment na powołanie kogoś przed Bramę Niebieską. W takich momentach ludzka ciekawość zadaje mnóstwo pytań do samego siebie o mój koniec. Dziś, jutro, w wieku siedemdziesięciu lat? Po ciężkiej chorobie czy nagle?
I dobrze, że te głupie pytania pozostają bez odpowiedzi.
niedziela, 12 września 2010
Problemy z mózgiem
Na tegorocznych wakacjach poznałem mnóstwo ludzi. Na ogół byli to przyjezdni, szukający wrażeń nad Soliną. Większość pochodzi z miast, prowadzą życie w blokowiskach i nie zaznali prawdziwej wolności, jaką oferują Bieszczady.
Pewien młody osobnik zwykł mówić do wszystkich wokół siebie "downie". Któregoś razu usiłowałem się dopytać skąd wziął się u niego ten zwrot, na co odpowiedział "ale z ciebie down".
Wesoły chłopczyna, zrywałem boki przy nim, tylko był za bardzo przywiązany do koloru zielonego..
Albo dwudziestoparoletnie dziewczyny ze Śląska, które chichotały się jak szalone dwunastki. Kiedy jedna mówiła do drugiej "babo", to tamta odpowiadała "babą będę, jak skończę czterdzieści lat, teraz jestem młoda".
Pewnej nocy popłynęliśmy w świeżo poznanym gronie na wyspę. A że mi włącza się czasami z minuty na minutę atak snu, to postanowiłem drzemnąć się na rufie łódki. W drodze powrotnej zabrałem jednej z uczestniczek wyprawy kocyk miluśki i przykrywszy się nim odpłynąłem w nieznane. Dopiero następnego dnia bojownicy uświadomili mnie, że leżałem na skrawku rufy o szerokości pół metra. Dobrze, że tamtej nocy się nie wierciłem, bo czekałaby mnie zimna pobudka.
O niezliczonych godzinach spędzonych w wodzie nie wspomnę. Pływanie po północy w jeziorze i w czasie deszczowych dni, kiedy temperatura powietrza nie przekraczała piętnastu stopni.
Rozpalanie ogniska z niczego i odkrycie nowej gwiazdy nazwanej na cześć naszego kompana "Pan Cegła".
Było wesoło, nie powiem.
A teraz zrobiło się okropnie, nosa zza drzwi się nie chce wystawiać, bo zimno jak na biegunie. Metropolia opustoszała, przez co jestem skazany na oglądanie zrzędzących gęb, które nigdy się nie zamykają i mają o czym plotkować. Ludzie się tacy zrobili osowiali, już sam nie wiem, czy zwyczajnie udziela im się głupia pogoda, czy może gromadzą zapasy tłuszczu na zimę i nie chcą wykonywać niepotrzebnych ruchów, by go nie spalić..
Dla wtajemniczonej osoby mam (być może) rozwiązanie jej odwiecznych problemów z osobowością.
Swoją drogą.. uwielbiam głos Knapika :-)
Pewien młody osobnik zwykł mówić do wszystkich wokół siebie "downie". Któregoś razu usiłowałem się dopytać skąd wziął się u niego ten zwrot, na co odpowiedział "ale z ciebie down".
Wesoły chłopczyna, zrywałem boki przy nim, tylko był za bardzo przywiązany do koloru zielonego..
Albo dwudziestoparoletnie dziewczyny ze Śląska, które chichotały się jak szalone dwunastki. Kiedy jedna mówiła do drugiej "babo", to tamta odpowiadała "babą będę, jak skończę czterdzieści lat, teraz jestem młoda".
Pewnej nocy popłynęliśmy w świeżo poznanym gronie na wyspę. A że mi włącza się czasami z minuty na minutę atak snu, to postanowiłem drzemnąć się na rufie łódki. W drodze powrotnej zabrałem jednej z uczestniczek wyprawy kocyk miluśki i przykrywszy się nim odpłynąłem w nieznane. Dopiero następnego dnia bojownicy uświadomili mnie, że leżałem na skrawku rufy o szerokości pół metra. Dobrze, że tamtej nocy się nie wierciłem, bo czekałaby mnie zimna pobudka.
O niezliczonych godzinach spędzonych w wodzie nie wspomnę. Pływanie po północy w jeziorze i w czasie deszczowych dni, kiedy temperatura powietrza nie przekraczała piętnastu stopni.
Rozpalanie ogniska z niczego i odkrycie nowej gwiazdy nazwanej na cześć naszego kompana "Pan Cegła".
Było wesoło, nie powiem.
A teraz zrobiło się okropnie, nosa zza drzwi się nie chce wystawiać, bo zimno jak na biegunie. Metropolia opustoszała, przez co jestem skazany na oglądanie zrzędzących gęb, które nigdy się nie zamykają i mają o czym plotkować. Ludzie się tacy zrobili osowiali, już sam nie wiem, czy zwyczajnie udziela im się głupia pogoda, czy może gromadzą zapasy tłuszczu na zimę i nie chcą wykonywać niepotrzebnych ruchów, by go nie spalić..
Dla wtajemniczonej osoby mam (być może) rozwiązanie jej odwiecznych problemów z osobowością.
Swoją drogą.. uwielbiam głos Knapika :-)
A ja się obsesjuję w nowej fali utworów, która uderzyła we mnie jak wiadomość o wybraniu Komora na prezydenta.
Dziś utwór o dziwności tego świata.
poniedziałek, 6 września 2010
Żywić nienawiść
niezłe wyrażenie :-)
Okazuje się, że żywienie to bardzo rozległa dziedzina. Skoro już wyrwałem się ni stąd ni zowąd z jakimś hasełkiem, to rozwinę myśl, która przemknęła przez mój umysł jako pierwsza.
Nienawidzę polskich dróg, szybkich aut i bezmyślnych kierowców. Niezbyt to katolickie uczucie, ale dominuje ono za każdym razem, kiedy wyjeżdżam gangsta wozem na drogę publiczną. Temat zbliżony do najczęstszego tematu mojej blogowej sąsiadki. KOMUNIKACJA
1. Jedziesz, a tu jakiś baran ścina zakręt, dzięki czemu (celem uniknięcia oberwania lusterka) lądujesz na poboczu. Scena częsta, ale cholernie krytyczna. Zimą jest prawie pewne, że siedzisz w rowie, na drzewie, wylatujesz na przeciwległy pas ruchu.
Szczęście lub jego brak decyduje o dalszym rozwoju sytuacji.
2. Jedziesz za baranem, a baran nagle daje po hamulcach i włącza kierunkowskaz, po czym od razu skręca. Od czasu Twoje reakcji zależy stan przedniej części Twojego auta.
3. Wyprzedasz barana, a baran w tym czasie dodaje gazu. Nierzadko z uśmiechem na twarzy. Łzy się do oczu cisną, kiedy z naprzeciwka już się ktoś zbliża, a Ty nie możesz zakończyć swojego manewru.
4. Pędzi baran przez teren zabudowany setką, a wyjeżdża z niego czterdziestką.
5. Baran skręcający w bramę z prędkością ślimaka. Robi to w dodatku tak wielkim łukiem, jakby co najmniej był tirem i ciągnął naczepę. Choćbyś go widział kilometr od siebie to i tak w końcu podjedziesz mu pod samą dupę, bo ten jeszcze nie skręci.
6. Jedziesz za baranem niedzielnym, który wlecze się niezależnie od dozwolonej maksymalnej prędkości 40 km/h.
Zazwyczaj trzyma kierownicę oburącz, za dziesięć druga. Paraliżuje ruch drogowy.
7. Zachowujesz się kulturalnie na jezdni, ustępując baranowi pierwszeństwa. Baran nie raczy skinąć głową (nie mówiąc o podniesieniu ręki), uważając ten gest dobroci za Twój obowiązek.
8. Zatrzymujesz się przed przejściem dla pieszych, czego baran jadący z naprzeciwka nie robi. Osoba na przejściu to albo już trup, albo wciąż szczęściarz.
9. Jedziesz pierwszy raz jakimś odcinkiem drogi, której nie znasz. Starasz się przejechać go bezpiecznie, zwalniając przed nieznanymi zakrętami, uważając na zjazdach i podjazdach. Baran-tubylec zna drogę jak własną kieszeń i siedzi Ci na dupie, jeśli nie może wyprzedzić, a kiedy już znajdzie do tego okazję, zrobi to z wielkim impetem, zabijając wzrokiem, używając klaksonu, zajeżdżając później drogę.
10. Jedziesz nocą, a baran jadący z naprzeciwka nie raczy zmienić świateł drogowych na mijania.
Celem odpoczęcia od stresującej drogi włączam sobie utwór, który jest moim osobistym przebojem lata. Powalił na kolana każdy inny, dwutygodniowy kawałek.
Unoszę się nad to wszystko.
A Ty?
piątek, 27 sierpnia 2010
Pojazd asenizacyjny - kupię
mało kto wie, co to za pojazd. Tą nazwę wymyślili ludzie pokroju ąę (tfu!).
Jest głupia, bezsensowna, a człowiek wyjęty wprost od łopaty prędzej poplącze sobie język, niż wypowie, a co dopiero zrozumie. Prawda jest taka, że pojazd asenizacyjny to najzwyklejszy w świecie, najbrudniejszy, najbardziej śmierdzący, ale i niesamowicie potrzebny szambowóz. Gówniarka, szambiarka, pszczółka - jak kto woli. Kuzyn zwykł mawiać, że człowiek, który kieruje szambowozem to gówniarz. Jak zwał tak zwał.
Albo fekalia. Chciałbym poznać pochodzenie tego beznadziejnego określenia.
Dobrze myślisz, brawo czytelniku. Kał jest fe.
Słówko wymiociny nie budzi we mnie takiego zniechęcenia, zdecydowanie częściej używam określenia puszczać pawia.
Albo kwestia, którą lubię poruszać - związki.
Wyobraź sobie lasencję i fagasa. On dla niej zawsze miły, zadbany, pilling obowiązkowy, mokra włoszka, kolczyk w d.. nosie, rzęsy podkręcone.
Ona również higiena na najwyższym poziomie, lakier do paznokci lila róż, wysoki obcas, słitaśnie wyglądający puder na twarzy.
Pomyślałem - co będzie, kiedy oni się na przykład hajtną i staną przed sobą KAŻDEGO dnia takimi, jak ich Bóg stworzył?
I wtedy ukażą swoje prawdziwe oblicza.. Wyobrażam sobie te śmierdzące skarpety, które będzie ukrywał przed nią tygodniami w najgłębszych zakamarkach mieszkania. Widzę te przepocone koszule i wizytę pod prysznicem co sobotę, po wieczorynce...
Widzę też ją na klozecie, na którym jest sama i właśnie skończył się toaletowy...
Albo dziecko, które zrobiło kupsko śmierdzące na trzy przecznice..
Wydaje mi się, że wielką sztuką jest nauczyć się obecności drugiego człowieka w realnym świecie. Stając przed kimś ze swoim człowieczeństwem (które na dobrą sprawę jest piękne), ze swoimi słabościami, z brudnymi skarpetami i z naczyniami, które trzeba pozmywać, można nabrać wielkiego, życiowego doświadczenia.
Trzeba rzucić w diabły high life i spojrzeć prawdzie w oczy, mianowicie:
Jestem człowiekiem i nic, co ludzkie nie jest mi obce.
Muzyczne o. to powrót do przeszłości. W tym tygodniu króluje happysad.
Jest głupia, bezsensowna, a człowiek wyjęty wprost od łopaty prędzej poplącze sobie język, niż wypowie, a co dopiero zrozumie. Prawda jest taka, że pojazd asenizacyjny to najzwyklejszy w świecie, najbrudniejszy, najbardziej śmierdzący, ale i niesamowicie potrzebny szambowóz. Gówniarka, szambiarka, pszczółka - jak kto woli. Kuzyn zwykł mawiać, że człowiek, który kieruje szambowozem to gówniarz. Jak zwał tak zwał.
Albo fekalia. Chciałbym poznać pochodzenie tego beznadziejnego określenia.
Dobrze myślisz, brawo czytelniku. Kał jest fe.
Słówko wymiociny nie budzi we mnie takiego zniechęcenia, zdecydowanie częściej używam określenia puszczać pawia.
Albo kwestia, którą lubię poruszać - związki.
Wyobraź sobie lasencję i fagasa. On dla niej zawsze miły, zadbany, pilling obowiązkowy, mokra włoszka, kolczyk w d.. nosie, rzęsy podkręcone.
Ona również higiena na najwyższym poziomie, lakier do paznokci lila róż, wysoki obcas, słitaśnie wyglądający puder na twarzy.
Pomyślałem - co będzie, kiedy oni się na przykład hajtną i staną przed sobą KAŻDEGO dnia takimi, jak ich Bóg stworzył?
I wtedy ukażą swoje prawdziwe oblicza.. Wyobrażam sobie te śmierdzące skarpety, które będzie ukrywał przed nią tygodniami w najgłębszych zakamarkach mieszkania. Widzę te przepocone koszule i wizytę pod prysznicem co sobotę, po wieczorynce...
Widzę też ją na klozecie, na którym jest sama i właśnie skończył się toaletowy...
Albo dziecko, które zrobiło kupsko śmierdzące na trzy przecznice..
Wydaje mi się, że wielką sztuką jest nauczyć się obecności drugiego człowieka w realnym świecie. Stając przed kimś ze swoim człowieczeństwem (które na dobrą sprawę jest piękne), ze swoimi słabościami, z brudnymi skarpetami i z naczyniami, które trzeba pozmywać, można nabrać wielkiego, życiowego doświadczenia.
Trzeba rzucić w diabły high life i spojrzeć prawdzie w oczy, mianowicie:
Jestem człowiekiem i nic, co ludzkie nie jest mi obce.
Muzyczne o. to powrót do przeszłości. W tym tygodniu króluje happysad.
wtorek, 10 sierpnia 2010
Klub nocny
to jedno z wielu obleśnych skojarzeń, których nabawiłem się w związku z całokształtem pracy rządu RP. Klub pijaczków, aferzystów, złodziei, kryminalistów, ale przede wszystkim komuchów.
Komunizm to głupi system, który mówi, że należy wyrównać różnice ekonomiczne w społeczeństwie. Czyli zabrać Kowalskiemu, który tyra od rana do wieczora i ma z tego wielkie pieniądze, a dać menelowi Nowakowi, który posiada dwie lewe ręce. Zaraz zaraz... ja tu nie widzę sprawiedliwości. Dlaczego bogaci mają łożyć na nierobów? Dlaczego więcej zarabiasz = odprowadź podatkiem liniowym więcej? Chyba logiczne, że efektywność mojej pracy powinna być jeszcze bardziej wynagrodzona. A tu zonk, połowa dochodu łata powiększającą się dziurę budżetową. Idea państwa wtrącającego się jest be. Opowiadam się za zlikwidowaniem podatku dochodowego, który działa destrukcyjnie na motywację ludzi do pracy. Straszna jest świadomość pracownika, który wie, że państwo zabierze mu 1/2 dziennego zarobku.
Nawet gogole się nie myli:
Zacząłem głębiej rozważać znane wszystkim słowa Krzysztofa Kononowicza: "nie będzie niczego". Rzeczywiście, jak rozkradną to, co się da, pójdziemy śladem Irlandii i Grecji.
Chciałbym, by Polska odpieprzyła się wreszcie od rodziny. Koniec zakazów klapsów i pouczania, co wolno, a czego nie. Jestem za likwidacją urzędów, w których traci się bezmyślnie pieniądze na biurokrację (problem = stworzenie urzędu do jego rozwiązania = niepotrzebne koszty = złodziejstwo w biały dzień i obciążanie podatnika).
Wiem, Agolu, że lubisz konkrety, a nie ogólniki. Chętnie zamieściłbym nazwiska osób, które są dla mnie godne zaufania... myślę jednak, że jest to zbędne z uwagi na ich niewielką liczbę :-)
A partie i ich członkowie - UPR, WiP, Prawica Rzeczypospolitej. M.in. dlatego, że moje przekonania religijno-polityczne idą w parze z większą częścią programów tychże partii.
Złodzieje i komuniści won. Wszyscy.

Komunizm to głupi system, który mówi, że należy wyrównać różnice ekonomiczne w społeczeństwie. Czyli zabrać Kowalskiemu, który tyra od rana do wieczora i ma z tego wielkie pieniądze, a dać menelowi Nowakowi, który posiada dwie lewe ręce. Zaraz zaraz... ja tu nie widzę sprawiedliwości. Dlaczego bogaci mają łożyć na nierobów? Dlaczego więcej zarabiasz = odprowadź podatkiem liniowym więcej? Chyba logiczne, że efektywność mojej pracy powinna być jeszcze bardziej wynagrodzona. A tu zonk, połowa dochodu łata powiększającą się dziurę budżetową. Idea państwa wtrącającego się jest be. Opowiadam się za zlikwidowaniem podatku dochodowego, który działa destrukcyjnie na motywację ludzi do pracy. Straszna jest świadomość pracownika, który wie, że państwo zabierze mu 1/2 dziennego zarobku.
Nawet gogole się nie myli:
Zacząłem głębiej rozważać znane wszystkim słowa Krzysztofa Kononowicza: "nie będzie niczego". Rzeczywiście, jak rozkradną to, co się da, pójdziemy śladem Irlandii i Grecji.
Chciałbym, by Polska odpieprzyła się wreszcie od rodziny. Koniec zakazów klapsów i pouczania, co wolno, a czego nie. Jestem za likwidacją urzędów, w których traci się bezmyślnie pieniądze na biurokrację (problem = stworzenie urzędu do jego rozwiązania = niepotrzebne koszty = złodziejstwo w biały dzień i obciążanie podatnika).
Zlikwidować ministerstwa:
- rozwoju regionalnego (a po co mi to, skoro mój region rozwinął się wyłącznie dzięki kreatywnemu myśleniu jego mieszkańców)
- sportu i turystyki (w promieniu 30 km od mojej miejscowości nie ma ani jednego, publicznego ośrodka sportowo-rekreacyjnego)
- środowiska (wystarczająco popieprzyli ludziom w głowach tymi szczytami G-16; natura nie potrzebuje swojego ministerstwa)
- finansów (jego rolę powinien przejąć wyłącznie inaczej nazwany m. skarbu państwa)
- spraw zagranicznych (bo politycy stamtąd jeżdżą i kompromitują się na międzynarodowej arenie politycznej)
- kultury i dziedzictwa narodowego (darmozjady, dziedzictwem narodowym będzie niebawem TU-154 i Wawel)
Likwidując tylko sześć ministerstw będziemy miliardy złotówek do przodu, podczas, gdy nie stracimy niczego ważnego.
Załatamy resztę dziury po Gierku i jej nową część po współczesnych złodziejach. A ludzie, którym zmniejszy się koryto będą zmuszeni pójść do uczciwej pracy zamiast próżnować i obmyślać ustawy na legalne złodziejstwo.Wiem, Agolu, że lubisz konkrety, a nie ogólniki. Chętnie zamieściłbym nazwiska osób, które są dla mnie godne zaufania... myślę jednak, że jest to zbędne z uwagi na ich niewielką liczbę :-)
A partie i ich członkowie - UPR, WiP, Prawica Rzeczypospolitej. M.in. dlatego, że moje przekonania religijno-polityczne idą w parze z większą częścią programów tychże partii.
Złodzieje i komuniści won. Wszyscy.
Obsesja muzyczna ostatnich dni.
czwartek, 5 sierpnia 2010
Postkomuna
no właśnie. Komunizm wciąż żyje, mimo, że już ponad dwie dekady jesteśmy wolni od tego systemu. Bynajmniej teoretycznie. Osobiście powystrzelałbym 90~95% ludzi obecnego sejmu i senatu. Tylko po to, by ulżyć sobie i by władzę objęły umysły młode, nieskorumpowane, kreatywne i myślące. Precz z urzędami, w których wciąż mogę wszystko załatwić odpowiednią ilością pieniędzy. Precz z ludźmi, którzy uważają, że wspólne oznacza lepsze. Precz z ustawami, które służą legalnemu rozkradaniu Polski. W końcu precz z Panem sukinsynem Bronkiem Komorowskim i Panem złodziejem Donaldem Tuskiem.
Oszuści muszą odejść, a wraz z nimi komuna.
Oszuści muszą odejść, a wraz z nimi komuna.
Uwielbiam Cejrowskiego!
A tutaj mały ślad po komunie. Zdjęcie z wczoraj.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


