poniedziałek, 23 października 2023
Bo ja mam lato za pasem
niedziela, 22 października 2023
Może to tylko zły sen...
Nie przypuszczałem, że taki temat pojawi się na tym blogu. Jest dwudziesty drugi października dwa tysiące dwudziestego trzeciego roku. Siedzę w pokoju, za oknem pada deszcz. Moja wspaniała żona, kobieta, z którą miałem pokonać każdą wyboistą drogę swojego życia chce odejść. Dzieci bawią się beztrosko w pokoju i nie rozumieją, że ponad nimi trwa właśnie walka o przyszłość ich samych, oraz o przyszłość ich mamy i taty, którzy jedenaście lat temu ślubowali, że nie opuszczą się aż do śmierci. Złożyłaś pozew o rozwód i to teraz, kiedy myślałem, że nareszcie zaczniemy coraz lepiej się dogadywać, że miłość, którą sobie obiecywaliśmy uwidoczni się w naszym małżeństwie. Poprzedni rok był dla mnie wyjątkowo trudny, straciłem dziesiątki włosów na głowie martwiąc się o to, gdzie będziemy mieszkać i czy w tej beznadziejnej sytuacji na rynku nieruchomości znajdziemy własny kąt. Udało się, a z mojego serca spadł ogromny, ciężki głaz. W tej gonitwie zapomniałem, że mam także Ciebie.
Dziś, kiedy moje serce przepełnia miliard myśli, kiedy czuję, że nasze cywilne zobowiązanie niebawem wygaśnie, kiedy odejdziesz na zawsze z domu i zabierzesz mi dzieci, kiedy nie będę miał w zasadzie żadnego wpływu na ich wychowanie, kiedy nie chcesz ze mną w ogóle rozmawiać i jesteś totalnie obojętna na mój los chciałbym się pomodlić. Jeszcze nie wszystko skończone. Może i w Twoim sercu zapadła klamka i podjęłaś decyzję, od której nie ma odwrotu. Ja mam jeszcze resztki nadziei i wiarę w Boga, który może wszystko.
Błogosławiona Rodzino Ulmów,
prowadźcie mnie w tej ciężkiej drodze
którą Wy pokonaliście w najlepszy możliwy sposób
proszę o siłę na trudne momenty
które są dopiero przede mną
wstawiajcie się za naszym małżeństwem przed obliczem Boga
krzyczcie w niebie, że zawierzam Mu swoją przyszłość,
Amen.
środa, 8 marca 2023
Jak to jest z tym życiem po śmierci?
wtorek, 22 listopada 2022
Ku pamięci Taty
poniedziałek, 7 marca 2022
Sprawiedliwość śmierci
Ostatnie wydarzenia są nierozerwalnie połączone z tematem śmierci, który poruszam na tym blogu od jakiegoś czasu. Choć przekaz jest niejasny i może być zakłamany na korzyść obu walczących stron, to bezsprzecznie wojna wywołana przez Rosję i agresja na Ukrainę pochłonęła już tysiące istnień, przynajmniej na dzień tworzenia wpisu. Każdy z tych żołnierzy i ludności cywilnej był dla kogoś ważny, był sensem i częścią czyjegoś życia. Potrafię wyobrazić sobie, że najbliżsi już nigdy nie będą potrafili pogodzić się z ich śmiercią. Równie łatwo potrafię wyobrazić sobie, że nawet najbardziej bezsensowna śmierć drugiego człowieka potrafi nieść za sobą dobro. Dziś jednak nie o tym.
Jako dorośli ludzie, którzy widzieli w swoim życiu ogrom dobra i zła potrafimy na jakimś etapie zebrać się na stwierdzenie, że śmierć jest jego największą sprawiedliwością. Dotnie każdego, bez zważania na cokolwiek. Wydaje mi się, że tą regułę łatwiej stosuje się nam wobec osób, które niekoniecznie dobrze zapisują się na kartach historii czy na linii naszego życia. Łatwiej jest myśleć o sprawiedliwości w kontekście nieuchronnej śmierci Putina, niż w stosunku do dowolnego cywila, żołnierza czy bezbronnego dziecka. Ci drudzy w naszej ocenie "nie zasłużyli sobie" na przedwczesną śmierć. Przecież nie krzywdzili w tak jasny i czytelny sposób jak Putin wydający rozkaz wywołania najbardziej bezsensownego konfliktu zbrojnego XXI wieku. Niektórzy w ogóle nie krzywdzili, nie mieli na to czasu. Ale czy przypadkiem w ten sposób nie wypaczamy słowa sprawiedliwość, zamieniając go na nieuchronność? Poza tym jako ludzie posiadający wpojoną i wyuczoną moralność stawiamy wszystkich na równi, nie dzieląc na rasę, płeć, wyznanie, poglądy. Za życia możemy jedynie mniej lub bardziej sprawiedliwie osądzać ich bieżące poczynania wsadzając zbrodniarzy do pudła.
Do czego zmierzam?
Podejmuję próbę wykazania sobie i być może czytelnikom tego wpisu, że nasze pojęcie sprawiedliwości jest bardzo mocno oderwane od sprawiedliwości prawdziwej, czystej, totalnej. Sprawiedliwość nie może przechylać szali, nie może niczego wyjaśniać i tłumaczyć, być stronnicza lub stosowana wyjątkowo. Trudniej zrozumieć sprawiedliwość, kiedy w tle jest potężna rozpacz, ból i cierpienie. Bezsensowna śmierć nie oznacza niesprawiedliwej śmierci. Sprawiedliwa śmierć nie jest zatem bezsensowna. Inaczej jest tylko wtedy, gdy stosujemy ludzką, pokrętną logikę.
Więcej można dostrzec w kwestii wiary w życie po śmierci, której nie chcę teraz poruszać.
Mam świadomość, że jeśli ten wpis przeczyta osoba, którą dotknęła bezsensowna i niesprawiedliwa śmierć, to mogę narazić się na bluzgi pod swoim adresem. A może czas, który pozostał żyjącym ma wystarczyć na zrozumienie sensu sprawiedliwości śmierci? Swojej i tych, co już odeszli, nawet w najbardziej bezsensowny i niesprawiedliwy sposób.
Jeśli umrę jeszcze dzisiejszego dnia, to czy będzie to niesprawiedliwe? Zostawiam to pod dalsze rozważania.
sobota, 30 października 2021
Cierpienie
Mój wujek leży w szpitalu. Najpierw sepsa wywołana błędem lekarskim, do którego nikt nigdy się nie przyzna i nikt nigdy tego błędu nie udowodni, po kilku godzinach pożegnanie z najbliższymi, bo lekarz mówi, że to ostatnie chwile, utrata przytomności i OIOM. Wszyscy zaskoczeni, choć pogodzeni z tym, co ma się stać jeszcze tej nocy. Czekamy na telefon, który nie następuje przez kolejny miesiąc.
Dziś, 30 października 2021 roku odwiedziłem go w szpitalu po raz trzeci. Nadal leży na OIOM-ie, choć teraz przyczyną jest prozaiczne zapalenie płuc. Facet ma wsadzoną rurkę w tchawicę, nie może wydać z siebie żadnego dźwięku, jakakolwiek rozmowa nie istnieje. Leży w izolatce, do której prowadzi otwór przypominający ten znajdujący się w tunelu foliowym na działce. Przez miesiąc podłączony do kroplówki, dopiero ostatnimi dniami jest karmiony przez pielęgniarkę. Chudy okropnie, skóra żółta. Pielęgniarki bardzo dbają o jego ciało, wygląda bardzo schludnie, jest czysty i ogolony. Podczas pierwszych odwiedzin był nieprzytomny. Jego ciało drżało, wyglądało to niefajnie. Złapałem go za rękę, powiedziałem kilka ważnych dla mnie zdań i wyszedłem, bo po co przeszkadzać lub nie daj Boże roznieść jakiś mikroorganizm, który nikomu zdrowemu nie zrobi krzywdy, a jego zabije. Podczas drugiej wizyty był przytomny, choć podłączony do wielu urządzeń wspomagających oddychanie i monitorujących jego stan. Nie przyszedłem mówić, że będzie dobrze i żeby jakoś się trzymał. Że wszystko będzie dobrze i żeby walczył. Pozostali członkowie rodziny, którzy do niego przyjeżdżali zwykle szybko doprowadzali go do płaczu, pierdoląc te nic nieznaczące frazesy. Zacząłem opowiadać mu o tym, co dzieje się wokół mnie, o codzienności. O tym, że sąsiadowi pękła rura i że biskup spóźnił się na mszę o 30 minut, przez co połowa wiernych wyszła z kościoła. Wujek miał wtedy niesamowite rysy twarzy. Słuchał tego z takim zaciekawieniem, że nawet nie drgnął na chwilę. Dzisiejsza wizyta była podobna, choć przygnębiająca. Obrałem tą samą taktykę co poprzednio, nagrałem nawet telefonem jego dom, ulubione miejsca, pokazałem świat takim, jak wyglądał parę godzin wcześniej. Reakcja była podobna do poprzedniej i o dziwo nie zanosiło się na żadne wzruszenia z jego strony (chyba, że szlochał dopiero po moim wyjściu). Jego twarz była jednak inna niż poprzednio, pełna pustki i beznadziei. W oczach ogromna obojętność. Wierzę, że po miesiącu w jednym miejscu ma się dość własnego życia. I choć wielkich nadziei na poprawę sytuacji raczej nie ma, to twarz wujka mówiła dziś sama za siebie - on ma dość i chce aby to już się skończyło. Widać, jak bardzo cierpi, choć nie chodzi tu o jakikolwiek dyskomfort fizjologiczny. Lekarze dbają, aby nic go nie bolało i sam zaprzecza, aby doskwierały mu większe dolegliwości związane z funkcjonowaniem ciała. Po prostu leży i czeka na śmierć, bo na życie jak przed miesiącem już nie liczy.
To kolejny wymiar śmierci. Śmierci przez cierpienie fizyczne, ale w głównej mierze psychiczne i wszechobecną pustkę. Zastanawiam się, jaki Bóg ma zamysł w tym, aby nie pozwolić mu odejść. Czy to wymiar jakiejś doczesnej kary, czyśćca, a może łaski? Cierpienie potrafi uszlachetniać, choć jeszcze nie przepracowałem tej kwestii w swojej głowie. A może jego cierpienie ma doprowadzić do jakiejś zmiany w nas, najbliższych? Może czas, który mu pozostał ma służyć temu, aby wujek jeszcze tu, na ziemi doprowadził jakieś sprawy do końca? I choć fizycznie nie może zrobić praktycznie niczego, to może chodzi o wymiar duchowy? A może za półtora tygodnia wypiszą go ze szpitala i będzie żył jeszcze osiem lat?
W takich chwilach widać bezsilność człowieka w umieraniu. Mój wujek ma niewiele możliwości, aby fizycznie znaleźć się w jakimś miejscu, udać się do jakiejś osoby, sprowokować rozmowę, przeprosić, wyznać wieloletnią tajemnicę czy po prostu załatwić sprawę dnia codziennego. W pewnym sensie jego czas na takie działania już minął i niektóre rzeczy zostały ostatecznie dokonane. Jeśli może coś zmienić w otaczającej go rzeczywistości, to wyłącznie w bardzo ograniczonym stopniu.
Wszystko ma swój czas,
i jest wyznaczona godzina
na wszystkie sprawy pod niebem
Nie ma niczego błyskotliwego w tym fragmencie Księgi Koheleta. Ale dobitnie pokazuje, że kiedy przyjdzie czas naszego umierania nie będzie to moment na załatwienie ostatnich spraw. Tamten czas przeminął, a na zmianę dokonanych wtedy wyborów może być zwyczajnie za późno.
Ekscytująco ciekawa jest dla mnie śmierć i to, czego doświadczę po niej. Zwyczajnie, po ludzku ciekawa.
sobota, 18 września 2021
Nigdy
Doniesienia medialne wskazują na to, że dziś życie straciło w Polsce n osób. Powodów mnogo, od zgonów związanych z narodzinami dziecka, następstw wypadków, samobójstw, pacjentów onkologicznych po klasyczne zabójstwa. Te osoby, a raczej ich ciała maksymalnie za kilka/naście dni zostaną spopielone bądź złożone do tradycyjnego grobu. Ofiary najwymyślniejszych zabójców mogą zostać roztworzone w kwasie, poćwiartowane, zamurowane. Inni wpadną w szczelinę lodowca i w takim stanie ich ciała zostaną na wieki, o ile globalne ocieplenie nie ujawni ich jak mamutów czy wilków sprzed tysięcy lat. Jeszcze inni żyli zbyt krótko, by żyć świadomie lub przez całe życie byli jedynie oddychającymi istotami, które nie potrafiły wydać z siebie żadnego dźwięku ani w znany nam sposób spoglądać na otaczający świat. Ci ludzie byli naszymi bliskimi bądź zupełnie obcymi osobami. Ich śmierć nas przytłoczyła, wpędziła w wieloletnią depresję lub była zupełnie obojętna. O niektórych nie przestaniemy mówić do końca istnienia ludzkości, bo zapisali się na kartach dziejów, na myśl o innych spluniemy i nie przestaniemy zastanawiać się, dlaczego odeszli z tego świata tak późno. Niezależnie od wszystkich przytoczonych okoliczności tych osób wśród nas już nie ma. Nie wypowiedzą żadnego słowa, ich dłonie nie uczynią żadnego dobra i zła, a ich nieruchome ciała nie wpłyną już w żaden spektakularny sposób na dzieje ludzkiego, mierzalnego świata.
N ludzi umarło i nie są już częścią naszej społeczności. Po prostu ich nie ma i nigdy nie będzie. Jeśli miałbym wytłumaczyć komuś słowo "nigdy" to najbardziej prostym a jednocześnie wymownym przykładem byłoby przywołanie dowolnej osoby zmarłej, której całe doczesne życie było incydentalnym zdarzeniem w wieczności. Nigdy przedtem, ani nigdy potem. Nigdy.
Każde skinienie palcem, każda myśl i słowo pojawi się w naszym życiu tylko raz, pomimo złudnego poczucia rutyny. To, co właśnie napisałem już się nie powtórzy. Wszelkie działanie lub zaniechanie, prawda lub fałsz, cel lub prowadzące do niego środki nigdy więcej nie zaistnieją.
Jestem tu i teraz. Myślę i tworzę, daję dzieciom schronienie, żonie miłość, znajomym kiepski żart. Jutro mogę być rozkładającym się mięsem, złożonym dwa metry pod powierzchnią gruntu. W sumie to nie chciałbym jeszcze jutro. Muszę uporządkować kilka spraw. Moje dzieci i wnuki też będą musiały porządkować swoje sprawy za jakiś czas. Chyba wszyscy jesteśmy zgodni, że jako cała ludzkość mamy ograniczony czas istnienia na tej, czy jakiejkolwiek innej planecie. Tak jak nasi przodkowie, wszyscy w końcu przestaniemy istnieć.
W jakim celu to piszę?
Próbuję uzmysłowić sobie, a może i Wam - Czytelnikom, jak wielką jesteśmy marnością. Notkę przeczyta pewnie towarzysz Agol, skomentuje. Może ten post skłoni go do refleksji, ale jutro o nim zapomni, bo przecież mąż, dzieci i życie. Ale świeczka Agola również tli się i rzecz jasna też zgaśnie. Może już jutro, choć Agol również musi uporządkować kilka ważnych spraw. Dzieci i wnuki Agola również będą musiały porządkować swoje sprawy za jakiś czas. Ale w końcu wszyscy, niezależnie od pochodzenia, majątku i sławy spotkamy się jako pojedyncze atomy przy kolejnym Wielkim Wybuchu. I kolejnym, i kolejnym. Zawsze, wiecznie.
Jeśli po śmierci będzie to samo, co każdy z nas pamięta sprzed swoich narodzin to z całą stanowczością i powagą stwierdzam, że moje obecne życie jest największą porażką losu. Żyć wśród innych, kochać i się dzielić, płakać i się cieszyć, tworzyć i rozwijać się.. i to wszystko po to, żeby za jakiś czas przestać istnieć? Bez sensu.
Skoro wcześniej nie istniałem, nie myślałem i nie żyłem, a teraz jestem samoświadomym organizmem mającym wpływ na wszystko wokół mnie to wierzę i wierzyć nie przestanę w dalszy ciąg tej pięknej chwili zwanej życiem..

